niedziela, 8 grudnia 2013

Uczta w Buszu

Eucharystia- choć nieobowiązkowy, to najważniejszy punkt programu na Misji.

Od poniedziałku do piątku jest na miejscu, w domku u Sióstr. Mała, skromna, ale bardzo przytulna kaplica. W soboty jeździmy do Nowicjatu, którego Szefem jest Salezjanin-Polak. Budynek ma zaledwie 3 lata, więc spokojnie dorównuje standardem tym europejskim. Natomiast niedzielną Mszę Św. przeżywamy zazwyczaj w naszej parafii- której proboszczem jest nie dość, że Polak, to w dodatku z mojej diecezji. Budynek nie wyróżnia się niczym specjalnym gdy stawiam go na tle kościołów z Polski.

Dzisiaj jest wyjątkowy dzień. Jedziemy na Mszę do College, który znajduje się w Buszu, 30km od naszej Placówki. Uczy się tam 250 studentów, w tym 20 katolików. Nasz kierowca-Ksiądz, nie lubi gdy jakieś miejsce w samochodzie się marnuje, więc bierzemy jeszcze dwóch studentów z sąsiedztwa. Samochód posiada "pakę". To na niej bardzo często przewozi się "żywy towar". Dzisiaj zdała egzamin na 6. Już po 15min jazdy, zgarniamy pierwszych autostopowiczów. Po chwili dowiadujemy się, że są to Jehowi. Oni wyskakują, następni witając nas wielkim uśmiechem, proszą o podwózkę. Ksiądz tłumaczy nam, iż na tej trasie większość mieszkańców porusza się właśnie w taki sposób, gdyż bus jeździ jedynie dwa razy w tyg, a mało kto posiada swój samochód. Spoglądam za okno i komentuję: "No, teraz to się czuję jak w prawdziwej Afryce." Dostrzegam Busz z prawdziwego zdarzenia, a po między nim drogę w kolorze płonącego ogniska. Krajobraz urozmaicają domki z gliny, jak i te w całości ze słomy. Są to te chwile, z których pragnę jak najwięcej wziąć na wynos.




Po 30min jesteśmy na miejscu. Wita nas Siostra Zakonna z bananem od ucha do ucha. Wchodzimy do pomieszczenia w którym ma odbyć się Eucharystia. Doznaję szoku. Na podłodze nie mogę znaleźć miejsca w którym by nie było plamy, lub dziury. Krzesła wyglądają jak po wojnie, jednak posiadają jeszcze skrawki folii, którą z reguły usuwa się zaraz po kupnie. Pierwszy raz w życiu widzę tak dużą ilość  pajęczyn, robaków, plam, odchodów i farby na jednym oknie. Skrawki szyb lub ich całkowity brak rzuca mi się w oczy. Oj szklarz miałby tu dobrą robotę. Z przerażeniem pytam sama siebie: "Tutaj ma przyjść Pan Jezus?!" W ramach kropki nad i przypominają mi się słowa, często powtarzane przez moją Mamę: "Agnieszko, nieistotne co posiadasz i za ile, ważne by było zawsze czyste i zadbane." Moje przemyślenia przerywa Ksiądz, który pojawia się w drzwiach. Po mimo największych chęci nie potrafię się skupić. Mój wzrok lata wciąż w kółko w poszukiwaniu krzyża. Po kilku minutach zatrzymuje się na biurku-ołtarzu, bo dostrzega tam maleńki krzyżyk. Jest radość. W tym też momencie wbiegają do naszego pomieszczenia cztery rozradowane Czekoladki. Każde z Nich ma wielki pojemnik w którym znajduje się jedzenie. Składają to pod ołtarzem i z wielką dumą zajmują miejsca w pierwszym rzędzie. Przychodzi pora na psalm-minuta ciszy i wymiana uśmiechów. Ups, chyba przy obstawie Mszy, został wycięty ten fragment. Po jakiejś chwili, jedna ze studentek otwiera śpiewnik i wychodzi z propozycją zaśpiewania jakiejś pieśni w ramach psalmu. Pojawiają się następni goście. Tym razem są to dwie Kobiety ze swymi pociechami na plecach oraz kilkoma torbami. Pot leje się z nich tak jakby wędrowały kilka godz. w skwarze. Jedna z Nich z radością zajmuje ostatnie miejsce w pierwszym rzędzie i zaczyna karmić piersią swe dzieciątko. 


Nagle słyszę:  "Czyż nie wiecie, że jesteście świątynią Boga i że Duch Boży w was mieszka?" Czuję się jakbym oberwała czymś ciężkim w głowę. Zaczynam składać w całość za nic nie pasujące do siebie  elementy.  Dochodzi do mnie, że dzisiejsza Eucharystia jest idealnym lustrem, w którym tak często może przejrzeć się moja Dusza. Jak bardzo plami i dziurawi ją każdy mój grzech?! Ile chwil w których nie jestem przygotowana na przyjście Pana Boga?! Nie mam więcej pytań. Do końca Mszy me serce pragnie tylko jednego-uwielbiać Tatę za Jego niepojętą Miłość. Za to, że przychodzi, nie patrząc na to w jakim stanie jest Świątynia.


Pięć minut po Eucharystii ołtarz staje się stołem, przy którym za moment będziemy spożywać obiadu. Szybkie umycie rąk, za pomocą wylania na nie kubka lodowatej wody. Teraz jesteśmy gotowi do zjedzenia uroczystego, niedzielnego posiłku. Naszymi sztućcami są ręce. W radosnej atmosferze mija najbliższe pół godz. Nadchodzi czas na pożegnalne uściski, pamiątkowe zdjęcie i ruszamy do domu. W ostatniej chwili dostrzegamy z Patrycją, że na pace jest jeszcze trochę miejsca. W ekspresowym tempie zmieniamy miejscówkę i spędzamy ostatnie chwile z nowo zapoznanymi dzieciaczkami.                                            




Pozostałą część drogi nie mogę wyjść z podziwu na myśl o dzisiejszych bohaterach. Największą z nich jest dla mnie Siostra zakonna, która najbliższe 4 lata spędzi w buszu. Żyjąc bez wspólnoty i uczestnicząc we Mszy Św. jedynie  raz w miesiącu. 

Dzisiaj na nowo doceniam  możliwość uczestnictwa w najwspanialszej Uczcie każdego dnia. 

2 komentarze:

  1. Piękne świadectwo codziennych zmagań z afrykańskim życiem... Dzięki Tobie, Aga, czuję, jakbym tam była:).
    Pozdrowienia dla Księdza Oparki!:D

    OdpowiedzUsuń