Tego dnia na buzi rysuje się wielki zaciesz, oczy nie dowierzają, a serce skacze z radości. Dociera paczka Świąteczna od Kochanej Rodzinki z Polski. Przytulam się do niej na powitanie i uśmiecham jeszcze szerzej, na widok serduszek, którymi jest przyozdobiona. Widać, że wiele przeszła. Jest bardzo okaleczona i pobrudzona. Jednak kto by nie był po ponad 70 dniach wędrówki?!
Korzystając z pomocy naszego największego noża, wraz z Patrycją próbujemy się dostać do jej wnętrza. Pozbywamy się jednego kartonu, drugiego, a następnie walczymy z workiem. Został profesjonalnie zszyty, by nic nie miało najmniejszych szans wylecieć w czasie drogi. Śmieję się pod nosem, komentując: "Od razu widać, że Mamuśka pakowała". Po chwili czuję się jakbym była w sklepie wielobranżowym. Asortyment od chemii, ubrań i książek, po kabanosy, herbaty i słodycze. Wypełnia mnie wielka radość i wdzięczność, za każdy dar. Między tymi wszystkimi dobrami, znajduje się również felerny towar - stary, napoczęty ser, o bardzo nieprzyjemnym zapachu. Jego aromat roznosi się po całym mieszkaniu w mgnieniu oka.
Po pozbyciu się sprawcy tego nieznośnego zapachu odczuwam wielką ulgę. Przepakowanie rzeczy do innych siatek, wietrzenie mieszkania w każdej wolnej chwili, oraz czwarte pranie tych samych ciuchów, sprawia, że zapach jest znacznie mniej intensywny. Pojawia się nadzieja, że nadejdzie taki dzień w którym pozbędziemy się go całkowicie.
Cenię sobie tą paczkę jak żadną inną. Dlaczego?! Bo dostrzegam w niej moje i Twoje odbicie. Przed nami długa droga, którą paczka ma już za sobą. Celem naszej wędrówki jest Wieczność. Doświadczenia nabywane podczas pielgrzymowania decydują o naszym pięknie i wartości wnętrza. Każdy nasz grzech jest jak ten stary ser. Uprzykrza życie zarówno nam jak i naszym bliźnim.
Jednak jesteśmy w znacznie lepszej sytuacji od tej paczki. Ona nie mogła się go sama pozbyć, natomiast my możemy zrobić to w każdym momencie. Udając się do Sakramentu Pokuty, nasze grzechy zostają natychmiastowo przetransportowane do worka Bożego Miłosierdzia. Rany i ból, które są nadal odczuwalne, możemy stopniowo zmniejszać, dzięki współpracy z łaską Bożą, która uzdalnia do nieustannej pracy nad sobą.
Troszczmy się o wnętrze naszej paczki każdego dnia. Byśmy po dotarciu do celu trafili do Nieba w ramiona Ojca, a nie zostali odrzuceni do Wiecznego potępienia z powodu zbyt wielkiej ilości "sera".
niedziela, 26 stycznia 2014
piątek, 17 stycznia 2014
Skojarzenia
Smutek,
tęsknota, samotność, nieszczęście..
Oto pierwsze skojarzenia, które towarzyszyły mi
na myśl o Świętach Bożego Narodzenia spędzonych tysiące km poza
domem, bez najbliższych osób.
Dlaczego? Bo
choć w centrum Świąt stawiałam Boże Narodzenie, to miało ono
miejsce jedynie w kościele.
Bo Święta były dla mnie przede wszystkim
spotkaniem się z bliskimi.
Bo moje przygotowywania do nich,
ograniczałam do genralnych porządków w domu i stworzenia
wyjątkowych potraw.
Radość, bliskość, obecność, szczęście..
Oto pierwsze skojarzenia, które towarzyszą
mi na myśl o Świętach Bożego Narodzenia spędzonych tysiące km
poza domem, bez najbliższych osób.
Dlaczego? Bo w centrum Świąt
stawiam Boże Narodzenie, które ma miejsce przede wszystkim w mym
sercu.
Bo doświadczam, że o
bliskości ludzi decyduje otwartość serca i wsparcie duchowe.
Bo przygotowania do Świąt
mają miejsce przede wszystkim na terenie mej duszy.
Jakie
rodzą się w Tobie skojarzenia na myśl o Świętach poza domem,
bez
bliskich Ci osób?
Może wystarczy jedna odpowiedź byś
uświadomił/a sobie czym tak naprawdę jest dla Ciebie Boże
Narodzenie?!
sobota, 11 stycznia 2014
Świętowanie Narodzin Chrystusa w Buszu
Tegoroczne Święta spędzam 7547 km od mojego rodzinnego domu, oraz 1000km od tego nowego-City of Hope. Korzystając z zaproszenia dwóch Księży z Polski obchodzę je w Lufubu wraz z wolontariuszami z Polski i Zambii.
Lufubu to malownicza, maleńka wioska w Buszu. Bieda daje tu o sobie znaki na każdym kroku. Lufubu jest posiadaczem za ledwie jednego sklepu, w którym nie ma nic poza pastą do zębów, mydłem, mlekiem, jajkami i napojami. Natomiast dzieci tu jak grzybów po deszczu. Tak! To one są największym bogactwem tego miejsca. Niezależnie od tego w jakim stanie wychodzisz z domu, ich widok sprawia, że wielki banan pojawia się na twej twarzy. Gdy widzą białego człowieka, biegną ile sił w nogach jedynie po to, by dotknąć, przytulić, pozdrowić.
Zaledwie kilka domów posiada tu prąd. Nasz ma to szczęście. Co prawda często stroi sobie żarty i znika, jednak nie zniechęca nas to do współpracy z nim. Wykorzystujemy każdą chwilę jego obecności, co sprawia, że na naszym wigilijnym stole pojawiają się trzy gatunki ciasta, babeczki, sałatka, ryby i pierogi. Gdy na dworzu chłodniej- ok 25 stopni, a prąd funduje sobie przerwę w robocie, zasiadamy do Wieczerzy. Klimat sprzyja dzieleniu się opłatkiem i składaniu życzeń. Następnie zajadamy się pysznościami, które od kilku miesięcy nie miały nic wspólnego z naszymi podniebieniami. Ksiądz Czesiu wyciąga akordeon i zaczynamy kolędowanie. W między czasie wspominamy swe ostatnie Święta.
O 19.00 przychodzi pora na najważniejszy punkt programu. Kościół w 80% wypełniony przez dzieci.
W centrum żłobek, w towarzystwie palm przyodzianych w papier toaletowy. Poza tym dekorację tworzą ogromne ilości kolorowych balonów, serpentyn i papieru toaletowego. Jest radość-uczestniczymy w Narodzinach Chrystusa! Witamy Go tańcem i śpiewem. Nasze ciała poruszają się w rytm grających bębnów, a usta nie powstrzymują się i wykrzykują swą radość. Po zakończeniu uroczystości w kościele, udajemy się na zewnątrz i podziwiamy Niebo, które zdobią kolorowe fajarwerki.
Skaczę ze szczęścia. Powodem tego nie są ani te piękne widoki, ani nietypowa Eucharystia. Jest nim Jezus, który zechciał narodzić się w mym sercu. Pomimo, iż takie ubogie i niegodne by Go przyjąć.
piątek, 20 grudnia 2013
Dawać nie dając
"Daj, kup, przynieś, zrób" - słowa, które wiernie towarzyszą mi na misji.
Oto ich wykonawcy:
-Mary, która z wielkim oburzeniem daje mi do zrozumienia, że muszę dać jej jakiś prezent, bo właśnie zdała do 4 klasy.
-Kleryk, który wręcza mi karteczkę z informacją, że jutro ma urodziny, podkreślając, że powinnam mu coś podarować.
-Nauczyciel, który na pytanie czy chciałby mnie pouczyć angielskiego w Jego godz. pracy, w pierwszej kolejności rzuca pyta: "A ile zapłacisz?"
-Memo, która rzuca do mnie tekstem: "Ty to mnie nie nawidzisz, bo gdybyś mnie kochała to dałabyś mi cukierka, ołówek, kartki, lizaka."
-Brat zakonny, który ilekroć słyszy, że jadę na zakupy, z wielką powagą mówi: "Kup mi coś fajnego."
-Moja współpracownica z biblioteki, która regularnie wtrąca między wierszami: "Daj mi pieniądze-mam ochotę na jogurt, chipsy, soczek."
-Matka, która mówi, że czeka na jakiś prezent, bo jutro wyjeżdża do rodziny na Święta.
-Dzieci ze Study-Time, które już od progu krzyczą: "Hej Agnieszka, masz dzisiaj dla nas słodycze?!"
Powinnam się cieszyć, prawda?! Przecież przyjechałam tu by dawać, pomagać, odpowiadać na potrzeby konkretnych ludzi. Jednak sumienie na każdym kroku się buntuje. Bardzo często gdy chcę kogoś czymś obdarować, przed oczyma pojawia się tabliczka z napisem: "NIE DAJĄC, DASZ WIĘCEJ."
Ale jak to?
Odpowiadając pozytywnie na każde wołanie, utwierdzasz ich w przekonaniu, że nie ma nic złego w ich działaniu i że wszystko im się należy. Pielęgnujesz w nich myślenie, że skoro masz to jesteś zobowiązany do podarowania im tego. Przyczyniasz się do tego, że nie czują potrzeby by poprosić, podziękować czy docenienić to co dostają. Stajesz się w ich oczach jedynie dostawcą "giftów", natomiast Twoja wartość jest mierzona na podstawie tego co im podarujesz.
Więc co mam robić?
KOCHAĆ! Miłością, która zawsze będzie miała na celu prawdziwe dobro człowieka.
Tą, która nie będzie ślepa i powierzchowna, ale zdolna do mówienia "NIE".
Pragnącą wymagać, po mimo bólu. Taką, która będzie wyposażona w cierpliwe tłumaczenie, po mimo braku najmniejszych efektów.
"Miłość, aby była prawdziwa, musi kosztować, musi boleć, musi ogałacać nas z samych siebie." Matka Teresa z Kalkuty
Oto ich wykonawcy:
-Mary, która z wielkim oburzeniem daje mi do zrozumienia, że muszę dać jej jakiś prezent, bo właśnie zdała do 4 klasy.
-Kleryk, który wręcza mi karteczkę z informacją, że jutro ma urodziny, podkreślając, że powinnam mu coś podarować.
-Nauczyciel, który na pytanie czy chciałby mnie pouczyć angielskiego w Jego godz. pracy, w pierwszej kolejności rzuca pyta: "A ile zapłacisz?"
-Memo, która rzuca do mnie tekstem: "Ty to mnie nie nawidzisz, bo gdybyś mnie kochała to dałabyś mi cukierka, ołówek, kartki, lizaka."
-Brat zakonny, który ilekroć słyszy, że jadę na zakupy, z wielką powagą mówi: "Kup mi coś fajnego."
-Moja współpracownica z biblioteki, która regularnie wtrąca między wierszami: "Daj mi pieniądze-mam ochotę na jogurt, chipsy, soczek."
-Matka, która mówi, że czeka na jakiś prezent, bo jutro wyjeżdża do rodziny na Święta.
-Dzieci ze Study-Time, które już od progu krzyczą: "Hej Agnieszka, masz dzisiaj dla nas słodycze?!"
Powinnam się cieszyć, prawda?! Przecież przyjechałam tu by dawać, pomagać, odpowiadać na potrzeby konkretnych ludzi. Jednak sumienie na każdym kroku się buntuje. Bardzo często gdy chcę kogoś czymś obdarować, przed oczyma pojawia się tabliczka z napisem: "NIE DAJĄC, DASZ WIĘCEJ."
Ale jak to?
Odpowiadając pozytywnie na każde wołanie, utwierdzasz ich w przekonaniu, że nie ma nic złego w ich działaniu i że wszystko im się należy. Pielęgnujesz w nich myślenie, że skoro masz to jesteś zobowiązany do podarowania im tego. Przyczyniasz się do tego, że nie czują potrzeby by poprosić, podziękować czy docenienić to co dostają. Stajesz się w ich oczach jedynie dostawcą "giftów", natomiast Twoja wartość jest mierzona na podstawie tego co im podarujesz.
Więc co mam robić?
KOCHAĆ! Miłością, która zawsze będzie miała na celu prawdziwe dobro człowieka.
Tą, która nie będzie ślepa i powierzchowna, ale zdolna do mówienia "NIE".
Pragnącą wymagać, po mimo bólu. Taką, która będzie wyposażona w cierpliwe tłumaczenie, po mimo braku najmniejszych efektów.
"Miłość, aby była prawdziwa, musi kosztować, musi boleć, musi ogałacać nas z samych siebie." Matka Teresa z Kalkuty
środa, 18 grudnia 2013
Polacy mają zegarki, Zambijczycy mają czas
Wtorek rano. Dziewczynki informują nas, że nie mamy dzisiaj z Nimi popołudniowych zajęć. Z przejęciem opowiadają, że mają próbę śpiewu w kościele, przed Niedzielną Mszą i muszą wyjść z domu już o 14.00. Bez większych namysłów stwierdzamy z Patrycją, że nie ma problemu i że pójdziemy z nimi.
Zjawiamy się punktualnie. Na miejscu upewniamy się czy nie pomyliłyśmy godz. gdyż nic i nikt nie wskazuje na to, że jest już czas na wyjście. Dziewczyny tuż koło nas piorą swe ubrania, inne jedzą obiad, a pozostałe bawią się w najlepsze. Podchodzimy do Mamy(kobiety, która zajmuje się dziećmi) i pytamy o której jest wyjście, a Ona bez zbędnych tłumaczeń odpowiada, że o 14.30. Postanawiamy jeszcze na chwilkę wrócić do domu. Pati serwuje sobie drzemkę, a ja zaglądam do książki. Po chwili zerkam na zegarek i jestem w szoku. Jest już 14:45. Wyskakuję z łóżka i budzę Pati. Otwiera oczy w ekspresowym tempie- i pyta: "Tzn. że się spóźniłyśmy?!" Ja śmiejąc się odpowiadam : "Spokojnie, myślę, że jeszcze nie wyszli." Lecimy na umówione miejsce. Jest radość, gdyż dostrzegamy dziewczynki. Po chwili orientujemy się, że niezmiennie kontynuują swe czynności z przed 50min. Drugie podejście. Pytamy ponownie, tym razem dziewczynki. Na ich twarzach maluje się wielkie zdziwienie i niezrozumienie dlaczego zadajemy to pytanie. Po chwili odpowiadają: "Oczywiście, że idziemy. Spokojnie. Jeszcze nie. Mówiłyśmy, że o 14.00." Nie wytrzymujemy, wybuchamy śmiechem. Czekoladki ukazują swe zdenerwowanie i pytają o co nam chodzi.
Informujemy, że jest już 15.00 One, jakby nie zrozumiały, tłumaczą, że nie idziemy teraz, ale dopiero o 14.00 Pokazujemy zegarek. Lekkie zmieszanie i stwierdzenie, że zaraz na pewno pójdziemy.
Zostajemy z Maluchami na trawie i czekamy, choć czujemy, że wyjście już nie nastąpi. Po pół godz. wygłupów zjawia się Mama i krzyczy: "Idziemy". Gryziemy się z Pati w język, wymieniając się jedynie delikatnym uśmiechem. Następne 10min czekamy na pozostałe dziewczynki. Mama podchodzi do nas z bananem na twarzy i mówi : " No, dzisiaj to naprawdę się spóźnimy."
Jest. Udało się, wyszliśmy poza bramę placówki. Po przejściu kilku metrów, pora na przystanek. Mamuśka spotyka znajomego i urządza pogawędkę. Z racji, że się spieszymy trwa tylko 5min. O 16.00 docieramy do kościoła. Brat zakonny prowadzący próbę, wita nas z wielką radością jakby nie dostrzegł, że spóźniliśmy się 1.5godz. Po pół godzinie śpiewu zaczyna zwijać sprzęt, żegna się i opuszcza kościół. Pytam się w myślach: to nie miało trwać 2godz?! Zaraz przychodzi odp. : No tak, gdybyśmy byli na czas to by tyle było.
Polacy mają zegarki, zambijczycy mają czas.
Kto ma więcej? Kto jest szczęśliwszy? Kto funkcjonuje prawidłowo?
Zjawiamy się punktualnie. Na miejscu upewniamy się czy nie pomyliłyśmy godz. gdyż nic i nikt nie wskazuje na to, że jest już czas na wyjście. Dziewczyny tuż koło nas piorą swe ubrania, inne jedzą obiad, a pozostałe bawią się w najlepsze. Podchodzimy do Mamy(kobiety, która zajmuje się dziećmi) i pytamy o której jest wyjście, a Ona bez zbędnych tłumaczeń odpowiada, że o 14.30. Postanawiamy jeszcze na chwilkę wrócić do domu. Pati serwuje sobie drzemkę, a ja zaglądam do książki. Po chwili zerkam na zegarek i jestem w szoku. Jest już 14:45. Wyskakuję z łóżka i budzę Pati. Otwiera oczy w ekspresowym tempie- i pyta: "Tzn. że się spóźniłyśmy?!" Ja śmiejąc się odpowiadam : "Spokojnie, myślę, że jeszcze nie wyszli." Lecimy na umówione miejsce. Jest radość, gdyż dostrzegamy dziewczynki. Po chwili orientujemy się, że niezmiennie kontynuują swe czynności z przed 50min. Drugie podejście. Pytamy ponownie, tym razem dziewczynki. Na ich twarzach maluje się wielkie zdziwienie i niezrozumienie dlaczego zadajemy to pytanie. Po chwili odpowiadają: "Oczywiście, że idziemy. Spokojnie. Jeszcze nie. Mówiłyśmy, że o 14.00." Nie wytrzymujemy, wybuchamy śmiechem. Czekoladki ukazują swe zdenerwowanie i pytają o co nam chodzi.
Informujemy, że jest już 15.00 One, jakby nie zrozumiały, tłumaczą, że nie idziemy teraz, ale dopiero o 14.00 Pokazujemy zegarek. Lekkie zmieszanie i stwierdzenie, że zaraz na pewno pójdziemy.
Zostajemy z Maluchami na trawie i czekamy, choć czujemy, że wyjście już nie nastąpi. Po pół godz. wygłupów zjawia się Mama i krzyczy: "Idziemy". Gryziemy się z Pati w język, wymieniając się jedynie delikatnym uśmiechem. Następne 10min czekamy na pozostałe dziewczynki. Mama podchodzi do nas z bananem na twarzy i mówi : " No, dzisiaj to naprawdę się spóźnimy."
Jest. Udało się, wyszliśmy poza bramę placówki. Po przejściu kilku metrów, pora na przystanek. Mamuśka spotyka znajomego i urządza pogawędkę. Z racji, że się spieszymy trwa tylko 5min. O 16.00 docieramy do kościoła. Brat zakonny prowadzący próbę, wita nas z wielką radością jakby nie dostrzegł, że spóźniliśmy się 1.5godz. Po pół godzinie śpiewu zaczyna zwijać sprzęt, żegna się i opuszcza kościół. Pytam się w myślach: to nie miało trwać 2godz?! Zaraz przychodzi odp. : No tak, gdybyśmy byli na czas to by tyle było.
Polacy mają zegarki, zambijczycy mają czas.
Kto ma więcej? Kto jest szczęśliwszy? Kto funkcjonuje prawidłowo?
Nie wiem. Wszystko zależy od człowieka.Wiem, że jesteśmy zupełnie inni.
Każdy dzień pokazuje mi również, że najlepszym rozwiązaniem jest zaakceptowanie tej "inności" -przyjmowanie siebie takimi jakmi jesteśmy. W wyniku takiego działania stajemy się dla siebie wielkim bogactwem, a nie dziwactwem czy utrudnieniem.
Każdy dzień pokazuje mi również, że najlepszym rozwiązaniem jest zaakceptowanie tej "inności" -przyjmowanie siebie takimi jakmi jesteśmy. W wyniku takiego działania stajemy się dla siebie wielkim bogactwem, a nie dziwactwem czy utrudnieniem.
niedziela, 8 grudnia 2013
Uczta w Buszu
Eucharystia- choć nieobowiązkowy, to najważniejszy punkt programu na Misji.
Od poniedziałku do piątku jest na miejscu, w domku u Sióstr. Mała, skromna, ale bardzo przytulna kaplica. W soboty jeździmy do Nowicjatu, którego Szefem jest Salezjanin-Polak. Budynek ma zaledwie 3 lata, więc spokojnie dorównuje standardem tym europejskim. Natomiast niedzielną Mszę Św. przeżywamy zazwyczaj w naszej parafii- której proboszczem jest nie dość, że Polak, to w dodatku z mojej diecezji. Budynek nie wyróżnia się niczym specjalnym gdy stawiam go na tle kościołów z Polski.
Dzisiaj jest wyjątkowy dzień. Jedziemy na Mszę do College, który znajduje się w Buszu, 30km od naszej Placówki. Uczy się tam 250 studentów, w tym 20 katolików. Nasz kierowca-Ksiądz, nie lubi gdy jakieś miejsce w samochodzie się marnuje, więc bierzemy jeszcze dwóch studentów z sąsiedztwa. Samochód posiada "pakę". To na niej bardzo często przewozi się "żywy towar". Dzisiaj zdała egzamin na 6. Już po 15min jazdy, zgarniamy pierwszych autostopowiczów. Po chwili dowiadujemy się, że są to Jehowi. Oni wyskakują, następni witając nas wielkim uśmiechem, proszą o podwózkę. Ksiądz tłumaczy nam, iż na tej trasie większość mieszkańców porusza się właśnie w taki sposób, gdyż bus jeździ jedynie dwa razy w tyg, a mało kto posiada swój samochód. Spoglądam za okno i komentuję: "No, teraz to się czuję jak w prawdziwej Afryce." Dostrzegam Busz z prawdziwego zdarzenia, a po między nim drogę w kolorze płonącego ogniska. Krajobraz urozmaicają domki z gliny, jak i te w całości ze słomy. Są to te chwile, z których pragnę jak najwięcej wziąć na wynos.
Po 30min jesteśmy na miejscu. Wita nas Siostra Zakonna z bananem od ucha do ucha. Wchodzimy do pomieszczenia w którym ma odbyć się Eucharystia. Doznaję szoku. Na podłodze nie mogę znaleźć miejsca w którym by nie było plamy, lub dziury. Krzesła wyglądają jak po wojnie, jednak posiadają jeszcze skrawki folii, którą z reguły usuwa się zaraz po kupnie. Pierwszy raz w życiu widzę tak dużą ilość pajęczyn, robaków, plam, odchodów i farby na jednym oknie. Skrawki szyb lub ich całkowity brak rzuca mi się w oczy. Oj szklarz miałby tu dobrą robotę. Z przerażeniem pytam sama siebie: "Tutaj ma przyjść Pan Jezus?!" W ramach kropki nad i przypominają mi się słowa, często powtarzane przez moją Mamę: "Agnieszko, nieistotne co posiadasz i za ile, ważne by było zawsze czyste i zadbane." Moje przemyślenia przerywa Ksiądz, który pojawia się w drzwiach. Po mimo największych chęci nie potrafię się skupić. Mój wzrok lata wciąż w kółko w poszukiwaniu krzyża. Po kilku minutach zatrzymuje się na biurku-ołtarzu, bo dostrzega tam maleńki krzyżyk. Jest radość. W tym też momencie wbiegają do naszego pomieszczenia cztery rozradowane Czekoladki. Każde z Nich ma wielki pojemnik w którym znajduje się jedzenie. Składają to pod ołtarzem i z wielką dumą zajmują miejsca w pierwszym rzędzie. Przychodzi pora na psalm-minuta ciszy i wymiana uśmiechów. Ups, chyba przy obstawie Mszy, został wycięty ten fragment. Po jakiejś chwili, jedna ze studentek otwiera śpiewnik i wychodzi z propozycją zaśpiewania jakiejś pieśni w ramach psalmu. Pojawiają się następni goście. Tym razem są to dwie Kobiety ze swymi pociechami na plecach oraz kilkoma torbami. Pot leje się z nich tak jakby wędrowały kilka godz. w skwarze. Jedna z Nich z radością zajmuje ostatnie miejsce w pierwszym rzędzie i zaczyna karmić piersią swe dzieciątko.
Nagle słyszę: "Czyż nie wiecie, że jesteście świątynią Boga i że Duch Boży w was mieszka?" Czuję się jakbym oberwała czymś ciężkim w głowę. Zaczynam składać w całość za nic nie pasujące do siebie elementy. Dochodzi do mnie, że dzisiejsza Eucharystia jest idealnym lustrem, w którym tak często może przejrzeć się moja Dusza. Jak bardzo plami i dziurawi ją każdy mój grzech?! Ile chwil w których nie jestem przygotowana na przyjście Pana Boga?! Nie mam więcej pytań. Do końca Mszy me serce pragnie tylko jednego-uwielbiać Tatę za Jego niepojętą Miłość. Za to, że przychodzi, nie patrząc na to w jakim stanie jest Świątynia.
Pięć minut po Eucharystii ołtarz staje się stołem, przy którym za moment będziemy spożywać obiadu. Szybkie umycie rąk, za pomocą wylania na nie kubka lodowatej wody. Teraz jesteśmy gotowi do zjedzenia uroczystego, niedzielnego posiłku. Naszymi sztućcami są ręce. W radosnej atmosferze mija najbliższe pół godz. Nadchodzi czas na pożegnalne uściski, pamiątkowe zdjęcie i ruszamy do domu. W ostatniej chwili dostrzegamy z Patrycją, że na pace jest jeszcze trochę miejsca. W ekspresowym tempie zmieniamy miejscówkę i spędzamy ostatnie chwile z nowo zapoznanymi dzieciaczkami.
Pozostałą część drogi nie mogę wyjść z podziwu na myśl o dzisiejszych bohaterach. Największą z nich jest dla mnie Siostra zakonna, która najbliższe 4 lata spędzi w buszu. Żyjąc bez wspólnoty i uczestnicząc we Mszy Św. jedynie raz w miesiącu.
Pozostałą część drogi nie mogę wyjść z podziwu na myśl o dzisiejszych bohaterach. Największą z nich jest dla mnie Siostra zakonna, która najbliższe 4 lata spędzi w buszu. Żyjąc bez wspólnoty i uczestnicząc we Mszy Św. jedynie raz w miesiącu.
Dzisiaj na nowo doceniam możliwość uczestnictwa w najwspanialszej Uczcie każdego dnia.
sobota, 30 listopada 2013
Anioł, Przyjaciółka, Nauczyciel Miłości
Gdy miałam 17 lat otrzymałam wspaniały prezent. Od tak. Bez żadnej okazji. Była Nim dziewczyna o imieniu Patrycja. Po pewnym czasie dowiedziałam się, że Nadawcą tej nietypowej paczki był sam Pan Bóg.
Początek naszej znajomości był bardzo nietypowy. Pati przybyła do mnie zapłakana z pytaniem, czy zechcę sie z Nią kolegawać?! Gdyż słyszała, że dobry ze mnie człowiek, a Ona nie ma takich wokół siebie. Mowiła bardzo poważnie, z wielkim przejęciem. Oczy Jej były tak samo błagające i przekonujące jak te kota ze Shreka. Od razu zaznaczyła, ze nie chce się mi zbytnio naprzykszać. Prosiła o niewiele - dwa spotkania w tygodniu. Widziałam Ją przed tą rozmową za ledwie kilka razy, więc moja wiedza na Jej temat była bardzo ograniczona, jednak nie miałam serca odmowic. Zgodziałam się.

Wspaniałym prezentem była wiadomość, że jadę z Nią na misje. Jesteśmy tutaj razem dwa miesiąc. Byłam przekonana, że już nic nie jest w stanie nas w sobie zaskoczyć. Jednak jest zupełnie inaczej. Każdego dnia dowiaduję się o Niej coś nowego i zadziwiającego. Co krok zachwycam się Jej postawą. Regularnie sprawia, że szczęka opada mi z wrażenia. Często udziela cennych wskazówek odnośnie tego, którędy iść, by nie zboczyć z drogi prowadzącej do Świętości.
Początek naszej znajomości był bardzo nietypowy. Pati przybyła do mnie zapłakana z pytaniem, czy zechcę sie z Nią kolegawać?! Gdyż słyszała, że dobry ze mnie człowiek, a Ona nie ma takich wokół siebie. Mowiła bardzo poważnie, z wielkim przejęciem. Oczy Jej były tak samo błagające i przekonujące jak te kota ze Shreka. Od razu zaznaczyła, ze nie chce się mi zbytnio naprzykszać. Prosiła o niewiele - dwa spotkania w tygodniu. Widziałam Ją przed tą rozmową za ledwie kilka razy, więc moja wiedza na Jej temat była bardzo ograniczona, jednak nie miałam serca odmowic. Zgodziałam się.
Już w pierwszym tygodniu złamałyśmy umowę odnośnie ilości spotkań- widziałyśmy się każdego dnia. Nie przeszkadzalo mi to ani trochę. Wrecz przeciwnie, odliczałam godz. do każdego spotkania. Gdy przychodził moment pożegnania, ogarniał mnie wielki smutek. Była pierwszą Osobą przy której czułam, że mogę być w pełni sobą. To właśnie Pati sprawiła, że uwierzyłam w przyjaźń. Wcześniej myslałam, że istnieje jedynie w bajkach, filmach czy książkach. Nie było rzeczy o której nie mogłabym z Nią porozmawiać. Żaden pomysł na spędzenie czasu nie wydawał sie za głupi i czy nie do zrealizowania. Po kilku miesiącach naszej znajomości widziałam w Niej odbicie swej Duszy. Rozumiałyśmy sie już bez słów. Często jeden uśmiech czy kiwnięcie głową było sposobem na przekazanie sobie potrzebnych informacji. Gdy poznawałyśmy kogoś nowego, nierzadko pojawiało się pytanie: “Znacie sie od urodzenia?”

Trzy lata później wybrałyśmy sie na studia i zamieszkałyśmy ze soba. Czułam, że jest jedyną Osobą z którą mogę dzielić pokój. Praktycznie z momentem przejścia przez próg mieszkania zaczeły nas atakować nasze złe nawyki i przyzwyczajenia. Tok myślenia nie zawsze był taki sam. Potrzeby i pragnienia również inne. Jazda bez trzymanki. Pati bardzo często fundowała mi sprawdzian z miłości, na którym pojawiało się wciąż to samo pytanie: Miłość to: a) kochanie po mimo b) kochanie ponieważ?! Swoim życiem pokazywała, że nieistotne jest to co robimy, ale ile milosci wkładamy w każde nasze najmniejsze działanie. Zachwycała mnie swą samodzielnością i ogarnięciem. Nie było dla Niej rzeczy niemożliwych.
Wspaniałym prezentem była wiadomość, że jadę z Nią na misje. Jesteśmy tutaj razem dwa miesiąc. Byłam przekonana, że już nic nie jest w stanie nas w sobie zaskoczyć. Jednak jest zupełnie inaczej. Każdego dnia dowiaduję się o Niej coś nowego i zadziwiającego. Co krok zachwycam się Jej postawą. Regularnie sprawia, że szczęka opada mi z wrażenia. Często udziela cennych wskazówek odnośnie tego, którędy iść, by nie zboczyć z drogi prowadzącej do Świętości.
Patusia! Dziękuję Ci za to kim byłaś i za to kim jesteś.
Szacun dla Ciebie, mój wielki Idolu i wzorze do naśladowania. :)
Subskrybuj:
Posty (Atom)



